30 komentarzy

    1. Ahaja

      Och, źle przeczytałam pierwszym razem, i zrozumiałam, że NIE jesteśmy, i już mi się smutno zrobiło… Ale na szczęście przeczytałam jeszcze raz…Ufff. Mało, że na starość tracę umiejętność nawiązywania kontaktów, to jeszcze wzrok. :/
      A jak u ciebie wygląda zawieranie znajomości?

      Odpowiedz

      1. Dziubasowa kilka lat wstecz na konferencji naukowej zostaje wysłana – jako jedna z nielicznych kobiet – do kuchni ;) Z prośbą o zrobienie kawy na przerwę. Jako, że na kawie się nie znam zupełnie, nie miałam pojęcia jak wcisnąć ekspres żeby się robiło i w ogóle od czego zacząć. Młody student obok uciekł przerażony. Ja osiągam poziom wkurwu, kiedy pojawia się mały rumiany chłopiec w okularkach. Pytam go grzecznie czy pomoże mi to obsłużyć, na co chłopiec odpowiada, że nie wie jak. Ja, wpieprzona totalnie, wyżywam się na nim, wrzeszcząc, że to chore i patologiczne – na sali 40 facetów i nikt nie potrafi zrobić kawy! Chłopiec, ze łzami w oczach rzuca „Ale ja nie piję kawy!” łamiącym się głosem i ucieka.
        Kawę udało się zrobić, kończy się przerwa, zaczyna panel dyskusyjny. W ramach eksperta – pan doktor habilitowany XY, czyli…rumiany chłopiec.
        Kurtyna.

        Odpowiedz
        1. Ahaja

          Hahaha. No, tak – nigdy nie wiesz kogo spotkasz i jak zaskoczy cię życie. Ty jednak możesz śmiało powiedzieć, że pierwsze lody przełamaliście w kuchni i, jak by nie było – jest to nawiązanie jakiejś znajomości :D Nie wiem do czego mógłby ci się przydać mały habilitowany, ale na kawę go raczej nie zaprosisz :D

          Odpowiedz

          1. Dwa lata później dostałam od niego i jego rodziny mailem życzenia na Boże Narodzenie – widocznie zapadłam mu w pamięć tak wyraźnie, że dodał mnie do swojej listy :P


  1. Ostatnie zdanie tylko potwierdza regułę: Ten świat jest mały :D Znajomości to w sumie teraz klucz pasujący do wielu drzwi. Chyba sama zacznę już ich szukać nim wyfrunę z rodzinnego gniazda haha.

    Jeszcze dziś musze Ci napisać coś a’propo Twojego ostatniego wpisu. Dzisiaj miałam od rana letnią wodę w kranie i to na tyle, że nie można było wziąć nawet prysznica! (Chyba, że ktoś lubi zimny kubeł na głowę z rana). Mama zadzwoniła do pana Ważnego, który blokiem się zajmuje, na co ten uznał, że Mama ma pretensje, a woda jest w sam raz, bo inna sąsiadka dzwoniła ze skargą, że woda jest ZA GORĄCA i musi sobie dolewać zimną…

    Odpowiedz

  2. Rozłożyłaś mnie na łopatki tą puentą :) Prawie słyszę Twoje myśli z momentu, kiedy zobaczyłaś tego „M” i uświadomiłaś sobie, że oto niedawno mógł na przykład oglądać sobie Twoje zdjęcia w szlafroku ;)

    Co do mechaników samochodowych, to chyba mogę Cię pocieszyć. Ja miałam znajomego mechanika, zabrałam go nawet ze sobą po zakup pierwszego auta. Wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle, bo facet namówił mnie na jeżdżący wrak, który potem z satysfakcją (zwłaszcza finansową) naprawiał, przy okazji wyolbrzymiając rozmiar każdej usterki. Oczywiście już nie jest moim znajomym.

    Pań z urzędu nawet nie próbuję zagadywać, nie jestem taka odważna jak Ty :)

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Dokładnie tak było. Na szczęście tylko wpadli na chwilę, bo skoro nie odbierałam i nie odbierałam, to już się umówili gdzie indziej :) Ale pewnie nie raz go spotkam, jeśli to związek na dłużej, a mam nadzieję, że na dłużej, bo facet wydaje się sympatyczny i chciałabym żeby się Izie ułożyło. Ale szok przeżyłam, to prawda. Aż słyszałam jak mi się szczena turla po podłodze. Ostatnio poznaję jakiegoś faceta raz na ruski rok, a tu taki przypadek, że akurat tego :D
      Z mechanikami mnie pocieszyłaś, i już nie żałuję:)

      Odpowiedz
  3. pankracja

    Puenta cudna. Trochę się oplułam podczas czytania :-)
    Sama jestem panią z urzędu i tak się czasami zastanawiam, jak ludzie mnie odbierają, kiedy przez dziesięć minut bez słowa szukam dla nich podstawy prawnej, a oni usilnie mnie zagadują, próbując nawiązać przyjacielskie więzi…
    Moja rada – nie nawiązuj znajomości z urzędniczką w pracy, to szybciej zostaniesz obsłużona :-)

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      OK, zapamiętam. Swoją drogą, może to ty byłaś? Czy jakaś wariatka pytała cię ostatnio o paznokcie? Ale przypuszczam że ja bym cię rozpoznała, bo jeśli czytasz blogi w pracy, to wystarczy przylukać taką, co opluwa ekran :D

      Odpowiedz
      1. pankracja

        Niee, to nie mogłam być ja. Ostatni raz paznokcie robiłam przed wakacjami. Co to hybryda dowiedziałam się dopiero kilka miesięcy temu, nie mówiąc o innych czarnomagicznych terminach dotyczących manikiuru – więc oprócz koloru (ładny – brzydki), to ze mną raczej nie pogadasz.
        Na szczęście mamy system numerkowy i jeżeli kogoś nie wywołam, nie wchodzi do mojego akwarium (a jeżeli wejdzie niezawołany – biada mu). Więc ekran opluwam, jak nikt nie widzi, no – może oprócz informatyków, którzy widzą wszystko.

        Odpowiedz
        1. Ahaja

          Ja też ładny-brzydki, więc i ze mną nie pogadasz, tak jak i nie pogadała owa pani :D
          A opluwanie ekranu przydaje się od czasu do czasu, bo tak szybko się kurzy…

          Odpowiedz

    2. Mam w bliskiej rodzinie (nawet bardzo bliskiej) panią z urzędu i zakładam, że – zupełnie jak Ty – nie pasuje do stereotypu. Sądzę, że tych miłych pań nie trzeba na siłę zagadywać, bo i tak są z natury życzliwe. Mniemam, że my z Ahają myślałyśmy tu raczej o takich matronach żyjących mentalnie jeszcze w głębokim PRL-u, które do petentów zwracają się w trzeciej osobie – „niech zaczeka”, „niech tu podpisze” etc. ;)

      Odpowiedz
      1. pankracja

        Tak naprawdę, to bardzo dużo zależy od petenta. Jeżeli ktoś jest wredny, próbuje mnie sprowokować i od wejścia stwierdza, że siedzę tu za jego pieniądze, to robię tylko niezbędne minimum, nie starając się nawet jakoś szczególnie rozwiązać problemu. Cóż, urzędnik też człowiek i swoją dumę ma :-)
        Kiedyś przyszedł do mnie petent: o godz. 7:45 (pracujemy od 8-mej), z pretensją, że ochrona nie chciała go wpuścić i żądając skserowania dokumentów, które miał zamiar złożyć. Zlitowałam się i go przyjęłam (ok, może spieszy się do pracy). Jednak kiedy kserowałam, on bez przerwy nadawał, że urzędnicy to darmozjady, a nasz urząd to w ogóle należałoby zrównać z ziemią. Wstałam, spojrzałam na niego wyzywająco i powiedziałam, że jestem urzędnikiem, ale też człowiekiem, i takie zachowanie mnie wkurza (tak, tak użyłam takiego słowa do petenta…). Dodałam, że jeżeli byłabym złośliwa, to z tymi dokumentami leciałby teraz do punktu ksero pół kilometra dalej, bo tutaj w zasadzie mamy zakaz kserowania.
        Byłam zdumiona, jak to na niego podziałało. Usiadł, przeprosił i stwierdził, że go poniosło. A ja byłam z siebie dumna. Wreszcie te wszystkie szkolenia z asertywności wykorzystałam w praktyce :-)

        Odpowiedz

  4. Hahaha, poczekaj, niech oddech wezmę.
    Już.
    Powiem ci, że czytając przeżywałam z tobą ten poród jakbym to co najmniej ja tam leżała, czekając na przybycie królewskiego potomka (no bo mając znajomego, to jednak można czegoś lepszego oczekiwać prawda?) Swoją drogą dobrze, że dziecko nie musi czekać z wyjściem na przydział z NFZ, bo pewnie byłabyś na etapie porodu pierwszej córki, a biedna Tamaluga tupałaby nóżką, chcąc już wyjść ;)

    Mój mąż twierdzi, że ma szczęście, bo ja gadam cały dzień w pracy i wieczorem mam ochotę…pomilczeć ;) Dlatego blog jest super – można pogadać bez gadania :D
    A powiem ci, że ja ci się nie dziwię, że nie odbierasz telefonów. Jak żyłyśmy bez identyfikacji numeru? ;)

    Puenta fantastyczna! Czekam jednak na dalszy ciąg. Wiesz, moja bogata wyobraźnia już ułożyła kolejny odcinek. Twój post kończy się jak pilot całego serialu ;) No bo wiesz, czy ta Iza pojęła o co chodzi, czy pomyślała, że oddanie laptopa do naprawy to jakiś eufemizm?

    Pzdr.

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Wiesz co, co do królewskiego porodu to sobie przypomniałam, że razem ze mną rodziła wnuczka króla Cyganów. Miała szlafrok i kapcie ze złotym monogramem i mogła mieć odwiedziny o każdej porze dnia i nocy! Odwiedzał ją cały klan i znosili jakieś dary :D Przysięgam…
      Pilot serialu, powiadasz? :D
      Nie, Iza nie skumała, nikt nie skumał, ale ja mu powiedziałam, co myślę o laptopowych serwisantach, i że kojarzy mi się z ginekologiem… Jego mina była bezcenna, a na koniec wybuchł śmiechem, więc facet jest spoko. :D

      Odpowiedz
    2. Ahaja

      Hahaha, poród na przydział z NFZ! Nie wpadłam na to!
      „byłabyś na etapie porodu pierwszej córki, a biedna Tamaluga tupałaby nóżką, chcąc już wyjść” – wyobraziłam to sobie i umarłam :D :D :D

      Odpowiedz

  5. Jako introwertyczka znajomości nawiązuje powoli. Te paczkowe się rozpłynęły po świecie, została mała garstka tych bliższych i oczywiście jak u każdego tych ” tych z widzenia”. Rodziłam w latach 80 tych, trudno wtedy było o królewski poród. Najdziwniejsze spotkanie po latach przeżyłam podczas zwiedzania Słowacji, podeszła do mnie zakonnica…koleżanka z klasy, miała wyjść za mąż i wyjechać do USA. Byłam święcie przekonana, że tak zrobiła.Życie różne stawia drogi na naszej mapie. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      O! A to ciekawa historia! Z tą koleżanką. Ja czasami nawet ze znajomościami „tymi z widzenia” mam problem, bo wykazuję się bardzo kiepską pamięcią do twarzy. Nawet się zastanawiam, czy nie powinnam czegoś na to brać… :D

      Odpowiedz

      1. Ginko biloba, wszystkie moje podopieczne z tego dobrodziejstwa korzystają. Ale to chyba nie ten wiek. Też zapominam twarzy, może to dlatego, że koncentrujemy się na rozmowie, niż wyglądzie.

        Odpowiedz

  6. No cóż. Nie chcę wiedzieć, co takiego tam masz w tym laptopie… ;D Ale przynajmniej w końcu masz znajomość w dziedzinie – naprawa laptopów. ;)

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Ależ ja tam nic takiego nie mam… :p Po prostu prywatne rzeczy :) No, tak mam już znajomość nawiązaną. I w związku z tym, zastanawiam się nad znalezieniem kogoś innego :D

      Odpowiedz

  7. Cha cha, uśmiałam się setnie :)
    Masz bardzo przyjemny sposób pisania. Ten humor i styl :) Jak napiszesz kiedyś powieść, to proszę koniecznie o cynk!

    Co do znajomości… Ja, jak i jedna z przedmówczyń, jestem introwertykiem i znajomości mnie trochę na dłuższą metę… nudzą? Męczą? Tak więc wszystkie, jakie posiadam raczej zachodzą z rzadka przecieranym kurzem, a najintensywniejsze, jakie ostatnio zawarłam to te z bohaterami „Gry o tron”. (To pewnie zasługa wspaniałego błyskotliwego wyszczekania Tyriona i pupy serialowego Johna Snowa. Ups ;))

    W ogóle śmiem wątpić w przydatność znajomości w poszczególnych branżach – mój laptop czeka na wskrzeszenie z martwych już kilka lat, choć męża mam informatyka i część znajomych również. Chyba powinnam jednak pomyśleć o pogrzebie.

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Dziękuję, bardzo mi miło:)
      Do powieści nie mam cierpliwości, więc chyba pozostawię to innym :)
      Nudnym i męczącym znajomościom mówimy stanowcze „No fk’n way!” Dla nudnych i męczących znajomości wymyślono fejsbucka.
      Gry o tron nie widziałam, aczkolwiek dookoła mnie fanki, więc co nieco o czyjejś tam pupie słyszałam. Nie wiem, czy o tej samej :D
      Za moich czasów, jakkolwiek to nie zabrzmi, na topie była pupa Pitta, w filmie „Troja”. Przynajmniej według moich koleżanek, bo ja tam nic fascynującego nie widziałam. No, może konia. Trojańskiego, oczywiście!
      R.I.P. dla twojego laptopa. (Wstydź się, mężu!) U mnie na to samo zmarła kamera, lampa i ze dwa telefony.

      Odpowiedz
    1. Ahaja

      Nie znasz dnia, ani godziny, ani urzędników, ani naprawiaczy. :D
      Dzięki za odwiedziny:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>