21 komentarzy


  1. O jaaa! Jak ja dawno nie słyszałam słowa „facetka” :D Przypomniało mi się jak mówiliśmy np. facetka od geci (geografii jakby ktoś nie wiedział hehe)
    Wiesz, ja akurat bardzo lubię jak ktoś się ładnie wysławia, choć przyznam, że nie mam w tym kierunku wykształcenia i nie raz pewnie popełniam błędy na blogu, w mailach i mówiąc. Przez długi czas współpracowałam z korporacjami i nie do końca podoba mi się „korpo język” To skracanie, ułatwianie sobie to kurcze jest fajne i wygodne, w końcu my Polacy nie gęsi…
    A co do dzieci to cóż, trudno cokolwiek mówić mamie 3 dzieci, ja która dopiero zaczynam swoją przygodę z macierzyństwem;) Mogę tylko napisać jak to jest u mnie. Ja mówiłam do dzieci normalnie, nigdy nie zdrabniałam i nie powtarzałam po nich słów, więc one mówiły po swojemu a ja po swojemu. Oczywiście nie jakoś górnolotnie w stylu ” Kochanie, czy byłabyś uprzejma zlokalizować, gdzie znajduje się twój puder do miejsc intymnych?” Mówię normalne słowa w stylu „była impreza”, albo choć idziemy na „kibelek” (choć pewnie powinnam mówić toaletę ;) ) ale trudno, żebym powtarzała słowa takie jak ostatnio opisywałam w poście o „siusiaczku” Ja mówię normalnie a J. powtarza Siusiaczek, kiedyś załapie, że to inne słowo.
    Myślę, że w tej całej filozofii chodzi o to, że dzieci rozumieją o co chodzi, ale nie potrafią tego powiedzieć dlatego wymyślają swoje słowa. Kiedy są gotowe mówią już normalnie. U mnie obie dziewczynki już jako dwulatki mówiły ładnie i normalnie, choć młodsza mniej wyraźnie i jak nie rozumiem to się wkurza i tupie nogą ( tak jak opisywałam przy bajce o siusiaczku ;) , tak jakby chciała powiedzieć „Ty głąbie, przecież 10 raz mówię o co chodzi” ;)

    Buziaki

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      No widzisz? To tylko potwierdza, że dzieci i tak będą mówiły po swojemu. Chociaż zauważyłam, że jak przekręcam słówko tak, jak Tamaluga, to ona tylko na mnie patrzy zmarszczona. Rozumie dopiero jak mówię poprawnie. Może w tym jej wyrazie stawiam akcent nie tam, gdzie powinnam :D
      W życiu bym nie powiedziała, że gecia to geografia. U nas było gegra. Facia od gegry. Facia od matmy. Facia od polaka. Facia od bioli. Facia od hiry itp…
      Widocznie co region, to inaczej:)
      Kochana, przypominam, że fakt bycia matką 3 nie czyni ze mnie ekspertki, ani trochę! Rzekłabym, że wręcz przeciwnie – czasami już nie wiem o co chodzi :D

      Odpowiedz

      1. Ależ pewnie, że będą mówić po swojemu. Ja w domu „dupa” nie uczyłam, ale i tak przywlokła starsza i to ze żłobka! (no bo z przedszkola to już wiadomo różnie dzieci mówią) Myślę, że ogólnie chodzi tu zasób słownictwa dziecka, bo to już nie jest fajne, jak 4 latek zamiast normalnych słów mówi „tu-tu”, albo coś w tym stylu.
        Ale takie jakieś fajne powiedzonka o których piszesz są słodkie, moja mama do tej pory lubi jak starsza mówi do niej Bziabzia, które powstało wtedy, kiedy nie umiałam powiedzieć „babcia”. Z tą różnicą, że teraz już wie. Młodsza na misia mówiła JUJU, więc my tak nazwaliśmy kolegę, który wygląda jak miś :D
        Ja tam powiem wam szczerze lubię jak ktoś mówi ładnie a nie, że „ma dedlajny na performensy” nożesz….
        Ja bym chyba nie wiedziała co to hira, u nas była hista :P
        Ale gegra też się mówiło. Pamiętam jak odliczłam „jedena, dwana, trzyna …” hehe to były czasy ;)

        Odpowiedz
        1. Ahaja

          Hahaha – juju! A kolega wie o tym? :D
          Gdy Wiktoria była malutka, młodsza od Tamalugi, to mieliśmy takiego kolegę, malutkiego, śmieszniutkiego… Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale on miał bardzo zabawną twarz, trochę jak krecik, i całą postawę – jak chodził to podrygiwał wesoło. Mieliśmy na niego wiele określeń, ale Wika trafiła w sedno. Gdy go pierwszy raz zobaczyła, krzyknęła: „Baja!” Bo on taki był jak rysunkowy z bajki hehehe!

          Odpowiedz

  2. A może chodzi o to, że nie dzieciom zostanie, tylko matom? I będą te nieszczęśnice ciućkać, dziamać i tym podobne?
    Zdarzyło się nam w przychodni zakrzyknąć pełnym imieniem do dziecięcia. Powiedzmy brzmiało to „Katarzyno!!!’ … i siedząca obok kobieta zwinęła się ze śmiechu. „Katarzyno! Do dziecka, które nie ma 50 centymetrów!” …argument z centymetrami mnie zabił.

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Oj znam takie paniusie ciućkające, tylko że one nie mają dzieci haha!
      50 centymetrów Katarzyny :D
      Sąsiadka, dowiedziawszy się, że nasza ma na imię Tamara, zakrzyknęła oburzona „Przecież tego się zdrobnić nie da!” Jak się nie da, jak się da. Poza tym Tamaluga brzmi dostojnie :D

      Odpowiedz

  3. Oj tak, miałam zajęcia z tą facetką! Kiedyś na egzaminie niesłusznie posądziła mnie o ściąganie, ale udało mi się wybronić. Bardzo ją szanuję pomimo jej specyficznego podejścia do studentów. Wiele z tych zajęć zostało mi w głowie.
    Do Księżniczki mówię normalnie, mąż mi zabrania „cieciać”. Zobaczymy, co będzie, jak sama zainteresowana zacznie się wypowiadać. My oboje z P. mieliśmy swoje dziecięce powiedzonka, które rodzina wspomina do tej pory. Np. u mnie chmury to były „simpki”, a u męża tapczan „akyn akyn” :) Wihajster, tutka i fifka brzmią bardzo profesjonalnie, kojarzą mi się z majstrem starej daty. Ja chyba nie mam takiego określenia, a u męża, choć to mało chlubne, króluje „pie*dolnik” (czyli przycisk, pokrywka, końcówka od jakiegoś urządzenia i setki innych „przydasiów” ;) ).

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Hehe, ale świat mały:) A też do was mówiła, że „rzuca perły przed wieprze”? Czy tylko moja grupa taka wybitna była :D
      Akyn akyn rządzi :D Może, na logikę dlatego, że się otwierał i zamykał, więc dwa razy? :D
      A co do pierd.lnika to chyba w każdej rodzinie gości :D

      Odpowiedz

  4. Pereł nie pamiętam, kiedyś za to powiedziała nam: „są państwo na pierwszym roku i tak już zostanie” ;) Mawiała też, że dysleksja nie istnieje (zaczęło się od koleżanki, która miała śmiałość przynieść jej zaświadczenie z poradni, że ma jakieś tam dys…). Ten akyn akyn to mi zawsze brzmi jakoś tak orientalnie… Może stał na perskim dywanie?

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Poczekajmy, może do akyn akyn przyzna się państwo islamskie. Tak naprawdę, to brzmi turecko:)

      Hehe, u nas często z tymi wieprzami wyjeżdżała. Pamiętam, że jej córka miała takie staropolskie imię i ona bardzo podniecała się tym na zajęciach, a potem pytała nas wyrywkowo o imiona i jak się, nie daj Boże, trafiła Karina czy inna Marika, to nie kryła nawet oburzenia. Ostentacyjnie mówiła, co o tym myśli.:D O, albo: „Dlaczego pan rozmawia?” „Przepraszam, pani profesor, ale akurat mówiłem coś mądrego”. „Patrząc na pana to szczerze wątpię…” Hahaha!
      Nie do końca się z nią zgadzałam w pewnej kwestii. Dotyczyła języka polskiego, więc teoretycznie ona powinna mieć rację, nie ja. Jeśli chcesz poznać przedmiot sporu – napiszę ci w e-mailu. :D

      Odpowiedz

  5. Oczywiście, czekam na maila! Mnie się zdarzyło nie zgadzać z jej…nie wiem, jak to określić… zastępczynią z zakładu, też w sprawie niuansów językowych.

    Odpowiedz

  6. Hahaha, jak zwykle się ubawiłam :D

    1) Taaaa, PERŁY…pewnie kupiła na jakimś straganie za dychę…
    2) Też już widzę minę Boba, kiedy spokojnie peroruję, mając na celu wyjaśnienie mu, iż należy spożyć również warzywa, gdyż zajmują ważne miejsce w grupie pokarmów i dostarczają organizmowi niezbędnych mikroelementów.
    3) Że tak zarzucę znów moim jajapisem – TAK, to przechodzi z wiekiem!
    4) Rozdziamgane z sokołowa! Hicior! :D Swoją drogą wyobrażasz sobie, że słowo „rozdziamgane” miałby powtórzyć obcokrajowiec???
    5) Sprytna ta Tamaluga :D U nas Bob najbardziej entuzjastycznie reaguje na „Idziemy się kąpać” ;)

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      :D
      Wyobraziłam sobie Boba stojącego z Tamalugą, ramię w ramię, gdy puszczamy do obojga przemowę umoralniającą :D (Hahaha – w grupie pokarmów :D)
      Rozdziamgane dla obcokrajowca to jakaś masakra! A dla obcokrajowca z wadą wymowy? :D
      Tamaluga też uwielbia się kąpać. W ogóle ma jakiś syndrom wody. Gdy nie siedzi w wannie to zawsze te wodę znajdzie i wylewa, przelewa…

      Odpowiedz

  7. dzieci potrafią stworzyć tak fantastyczne słowa, że z zachwytu odbiera głos – z żona zapisywaliśmy w albumie co bardziej udane i co jakiś czas odświeżamy pamięć i humor rośnie błyskawicznie – zbyt szybko się zapomina, więc warto zapisać na gorąco.

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      O, tak! To właśnie była moja bolączka – że wszystko kończy się z wiekiem, a pamięć ulotna. Teraz można chociażby prowadzić bloga na bieżąco, pstrykać milion zdjęć telefonem, nagrywać… Przy moich starszych dziewczynach zapisywałam ich słowa na tym, co miałam pod ręką i mam pełno karteczek w różnych dziwnych miejscach… Zdjęć też mam sporo, mimo że wymagały większego wysiłku – nałożenia kliszy, wyjęcia kliszy, oddania do zakładu foto itp.
      Pozdrawiam

      Odpowiedz

  8. Wańkowicz, który przecie sam wprowadzał tysiące neologizmów, z moim ukochanym „chciejstwem” na czele, dowodził, że język meandrujący, zapożyczający i czerpiący z wielu źródeł, z których na dłużej zatrzymuje tylko słowa prawdziwie trafnie użyte i przydatne, jest językiem żywym, a jego bogactwo jest bogactwem świadomym swej siły i żywotności. To małe narody, niepewne swej tożsamości i wszelkie zapożyczenia witające jak zagrożenie bytu narodowego pozwalają się wziąć za mordę jakimś purystom i mamy potem jakoweś „divadla”:)
    Kłaniam nisko:)

    Odpowiedz
    1. Ahaja

      Jest tak w istocie.
      Co nie przeszkadza knuć językowej teorii spiskowej, żyjącej potem własnym życiem.
      Pozdrawiam

      Odpowiedz
  9. Słowo na śniadanie

    W moim domu jest jeden wspólny język od kiedy pamiętam i świetnie wszyscy się dogadujemy :-D Do dzisiaj zamiast „porysowane” mówi się „porysane”, a każde „coś” nazywa się po prostu „dynksem” lub „gówienkiem” hahaha :-D

    I prawdą jest, że mówienie do dziecka w jego języku nie zaszkodzi mu, gdy dorośnie! Pamiętam, jak moja siostra mówiła w dzieciństwie na tetrową chustę „kuku”, a na smoczek „beko”, a dzisiaj wcale tak tego nie nazywa, więc niech wielcy znawcy najpierw sobie urodzą i wychowają, a potem niech dają cenne rady :-P

    Odpowiedz

    1. Baaardzo ci dziękuję za ten komentarz! Cieszę się, ze się zgadzamy:)

      Porysane, to prawie jak uśrubnięte :D – tak z kolei mówiono u koleżanki w domu, na wszystko co ułamane, wyżłobione itp.
      Ach, no gówienko jest ponadczasowe!
      Smoczek – beko? Może mama przez pomyłkę wrzuciła ci go do pralki? :D

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>