Pomoc dla rodziny

Dzisiaj całkiem na poważnie, bo taki poważny temat wypłynął z potrzeby chwili. To miał być kolejny wpis, ale dodaję jako osobną stronę, bo temat długo będzie aktualny i nie chcę żeby zniknął.
Zacznę od od tego, że przed każdymi świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy szykujemy z Tomkiem paczki. Wyszukujemy w internecie rodzin potrzebujących pomocy, co wcale nie jest prostym zadaniem. Wyszukiwarka z uporem maniaka kieruje nas do stron fundacji i schronisk, do przykościelnych organizacji, a mi nie do końca o to chodzi. Nieraz nacięłam się na taką pomoc „z drugiej ręki” i omijam wszelkich pośredników. Omijam też prośby o pomoc finansową, bo po pierwsze nie ufam takim ogłoszeniom, a po drugie mi samej takowa by się przydała. Poszukuję rodzin, które proszą o ubrania, jedzenie, środki czystości, a takich rodzin jest naprawdę niewiele. To znaczy w internecie niewiele i nie mam pojęcia z czego to wynika. Wiadomo przecież, że potrzebujących jest całe mnóstwo, a ogłoszeń jak na lekarstwo. Gdy wreszcie udaje nam się znaleźć kilka adresów, wybieramy jeden lub dwa, w miarę naszych możliwości finansowych. Trochę losowo, trochę pod kątem wieku i płci dzieci, i pod kątem realnych potrzeb… Wiadomo, że łatwiej pomóc rodzinie, w której są dziewczynki w wieku zbliżonym do naszych dziewczynek, o podobnych rozmiarach itp. Jeśli nie mamy akurat niczego na któreś dziecko – dokupujemy. Dorzucamy zabawki. Dorzucamy długoterminowe jedzenie. Utrzymujemy potem z taką rodziną kontakt emailowy, przez jakiś czas, aż zupełnie się urywa. Nie mam o to żalu, wręcz przeciwnie – bardzo się cieszę, bo to oznacza, że już nie jesteśmy potrzebni. Może to dziwne, ale lubię myśleć, że oprócz rzeczy materialnych przynosimy tym ludziom… trochę szczęścia. Często informują nas o tym, że znaleźli pracę, że przyznano im rentę i że w ogóle stają na nogi. Zawsze bardzo mnie to cieszy.
Piszę o tym z konkretnego powodu, bynajmniej nie żeby się pochwalić „Patrzcie jaka jestem zajebista”, bo nie jestem. Chciałabym dawać więcej, ale nie mogę. I tu, właśnie, przechodzę do sedna…
Jest taka rodzina, której pomagam od półtora roku. Jest w niej pięcioro dzieci i mama – pani B. Tak się złożyło, że „poznałyśmy się” gdy obie byłyśmy w ciąży. Tak więc, rzeczy po mojej Tamaludze wędrowały do jej rówieśniczki, młodszej o 3 miesiące. Z panią B pisywałyśmy (piszemy nadal) regularnie, co najmniej dwa razy w tygodniu. Pisywałyśmy o różnych sprawach, o postępach dzieci, o wspomnieniach z dzieciństwa, o karmieniu niemowląt. Tak naprawdę jednak, nie poruszałyśmy rzeczy najważniejszej, której się domyślałam, ale nie naciskałam (może powinnam?) B nie skarżyła się na swój los, nie biadoliła jak to jej źle, nigdy nie poprosiła o pieniądze – i między innymi za to ją polubiłam. W końcu jednak, czytając między zdaniami, zadałam jej pytanie wprost: czy jest ofiarą przemocy domowej. No i wtedy ruszyła lawina. Zadzwoniła do mnie płacząc i przepraszając, że mi to mówi, ale nie może dłużej tego w sobie tłumić, a nie ma nikogo, komu mogłaby się zwierzyć. Przegadałyśmy i „przepisałyśmy” wiele dni. B musiała dwukrotnie zmienić adres mailowy, bo jej mąż kontrolował komputer. Maile kasowała zaraz po przeczytaniu. Bił ją, kontrolował, groził, znęcał się psychicznie nad dziećmi. Brał ją, na przykład do samochodu, wraz z dwojgiem najmłodszych dzieci i rozpędzał się, zmuszając ją do uległości. O innych rzeczach wolę nie wspominać… Nie wiem czy, i w jakim stopniu, wpłynęłam na to, ale B podjęła decyzję. Odeszła od męża, a raczej uciekła, gdy nie było go w domu. Prosiłam ją, aby odpowiednio wcześniej przyszykowała sobie drogę awaryjną. B nawiązała kontakt z Opieką Społeczną, Zarządem gminy, policją… Niby chcieli pomóc, ale nie pomagali. Opieka ograniczyła się do opału na zimę, Zarząd Gminy rozłożył bezradnie ręce w kwestii mieszkania. Policja, z kolei, nie potraktowała jej poważnie, co więcej – radzili jej się dobrze zastanowić zanim oskarży męża, bo jeśli okaże się, że faktycznie się znęca, to… odbiorą jej dzieci! W końcu, po wielokrotnej interwencji lokalnej telewizji – wójt znalazł dla nich mieszkanie. W stanie tragicznym. Ruina bez łazienki i kuchni. B nie miała wyboru – niesamowicie podziwiam jej siłę i odwagę – uciekła z dziećmi do tego mieszkania.
Teraz potrzebuje dosłownie wszystkiego: materiałów budowlanych, środków czystości, ubrań, no i rąk do pomocy przy ogarnięciu tego chaosu. Kilka dni temu sprawę nagłośniła tv Nova, narazie bez efektu. Gdyby to była ogólnokrajowa telewizja, pewnie byłby jakiś odzew, ale do niej B nie ma siły przebicia.
Dlaczego ta właśnie rodzina, chociaż jest tyle innych? Cóż, nie znam zbyt wielu „innych”, a już na pewno nikogo w tak strasznych warunkach. Znam tę rodzinę, i tej konkrentej chcę pomóc. Wiem, że nie ma tam alkoholu, imprez, dzieci są zadbane i bardzo kochane. B jest taką Matką Polką:) Oni na początku nawet nie przejmowali się warunkami, bo wreszcie byli razem, sami, bez ojca sadysty, spokojni i bezpieczni.
Jeśli czyta to ktoś, kto mógłby i chciałby pomóc – będę bardzo wdzięczna. W imieniu rodziny B i własnym. Zainteresowanym prześlę mailem adres tej rodziny i udzielę wszelkich informacji. Pamiętajcie, że liczy się każda rzecz: od proszku do prania, po zabawkę dla dziecka. Dosłownie wszystko.

3 komentarzy


  1. Wybieram się jutro na zakupy, czy mogłabyś mi powiedzieć o jakichkolwiek zmianach? Czy w paczce mogą być takie rzeczy jak długoterminowa żywność, płyny, żele, podpaski? Czy coś jest najbardziej potrzebne?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>